Oyche Döner to absolutny sztos tego wyjazdu i najlepszy kebab, jaki udało się znaleźć we Wrocławiu. Berliński styl, porządna buła – chrupiąca z zewnątrz, mięciutka w środku, jak w najlepszych kebsach zza Odry. Warzywa pocięte w fajną, małą kostkę, nie jakieś wielkie kloce, co się nie mieszczą w bułce. Mięso z kurczaka? Soczyste, dobrze doprawione, choć mogłoby być jeszcze bardziej przypieczone, bo tego chrupnięcia trochę zabrakło – ale i tak sztos. Sosy – do wyboru, chociaż brak curry trochę zabolał, bo w Berlinie to must have. Największy hit? Cena! 28 zł za berlińskiego kebsa, który dorównuje tym z Mustafy czy Rujama to złoto. Kolejki gigant, ale nie ma się co dziwić – ludzie stoją jak za PRL-u po mięso. Czy warto stać 3 godziny? Raczej nie, ale jak się uspokoi, to wracałbym jak w dym. Kebab prawie 1:1 z Berlina, mega szacun za odwzorowanie i w końcu normalne pieniądze. Muala naklejona bez dwóch zdań – bo trzeba! Wrocław w końcu ma kebaba, którego nie trzeba się wstydzić przed stolicą!